baner12

    Pani Władysława Przybysz i pani Kazimiera Góźdź urodziły się w Zabrniu na południu Polski. Kiedy wybuchła II wojna światowa były jeszcze dziećmi. Wspominały, iż podczas zawieruchy wojennej rodzima wieś uległa całkowitemu zniszczeniu. Pani Władysława pamięta, iż zaraz po wojnie w Tarnowie władze zorganizowały wiec, na którym zaproponowały przejęcie poniemieckich domostw na Pomorzu. "Początkowo było trudno się przenieść, obcy ludzie, obce środowisko" - wspomina pani Władysława. Przybyszów na Pomorzu określano mianem "zabugoje". Panią Kazimierę sprowadziła na Pomorze rodzona siostra: "Miałam wrażenie, że przybywam z bardziej zacofanej części Polski, w mojej wsi używano lamp naftowych, a tu był już prąd". Mąż Pani Kazimiery miał dwa hektary ziemi w 42 kawałkach długich i wąskich. Sama tułaczka była niezwykle ciężką próbą dla całych rodzin.

Na Pomorze po wojnie sunęły całe transporty, ludzie przemieszczali się w wagonach bydlęcych i na platformach kolejowych. Podróż z Tarnowa na północ Polski trwała dwa tygodnie, bowiem trasa wiodła przez Wrocław i Poznań. Kobiety wspominały o tym, iż trudno było się przyzwyczaić do nowego życia. "Inaczej było tam- mówiły- i inaczej jest tu". Dziś to już tylko wspomnienia. Pani Władysława stwierdziła, że do dziś czuje smak "tamtego" białego barszczu. "Zakwas do zupy był przygotowywany w kamiennym garncu, żeby był kiedy się tego barszczu zachce". Na dni świąteczne przygotowywano rosół. No cóż, należy wspomnieć iż ponoć kwaśny barszcz był skuteczny na zbyt obfite spożycie alkoholu! Równie odświętnym daniem były pierogi, uznawane na południu jako rarytas. Na Pomorzu pierogi stały się zwykłym codziennym daniem. Równie dużym zaskoczeniem dla przybyszów z południa była znana na Pomorzu… czarnina . Panie wspominały iż nadrzędną zasadą przy zamążpójściu była zasada równości majątkowej, spychała ona na plan dalszy sprawy uczuć zgodnie z zasadą: "morgi żenią się z morgami". Od partnerów wymagano odpowiedniego wyposażenia podstawowego, bądź ziemi. Z cech indywidualnych ceniono najwyżej zdrowie i pracowitość a u dziewcząt gospodarność . Staropanieństwo- prowadziło do utraty prestiżu społecznego. Związek małżeński był poparty wymogiem wesela. Równie ciekawe były opowieści moich informatorek na temat "obrzędowości śmierci". Duszę utożsamiano z oddechem, dlatego o człowieku, który skonał mówiono, że oddal ostatnie tchnienie lub ostatnią parę. Zbliżającej się śmierci towarzyszyło określone zachowanie się bliskich. Pani Kazimiera pamięta, iż schodzili się ludzie z całego sąsiedztwa, zawsze przy umierającym zapalano gromnicę i wkładano w ręce różaniec. Pani Władysława wspominała zaś, iż po zgonie zależało wykonać określone czynności: zatrzymać zegar, zasłonić lustra, by nie zobaczyć w nich nieboszczyka. W Krakowskiem zaraz po śmierci któregoś z domowników należało wejść do obory i spowodować powstanie krów, poruszyć ziarno siewne, aby nie utraciło sił wegetacyjnych oraz wbić nóż w kiszoną kapustę, żeby nie zgniła. Po śmierci zakaz czynności domowych obejmował szycie, przędzenie, zamiatanie, mielenie. Rozmówczynie akcentowały fakt, iż wyprowadzenie zwłok z domu odbywało się najczęściej w trzecim dniu od chwili śmierci. "Pamiętam- wspomina pani Przybysz- że byłam na pogrzebie w Garwolinie. Tam przewracano w domu sprzęty, to miało zabezpieczyć dom przed tym, by dusza nie pozostała w izbie". Ważnym elementem związanym z obrzędowością śmierci była woda. Panie podają, iż wodę wylewano za trumną. W Polsce południowej rozpoczynając pochód żałobny należało najpierw trzy razy ruszyć wozem sprzed domu i z powrotem cofnąć konie na dawne miejsce. W ten sposób zyskiwano pewność, że dusza zdąży przysiąść do trumny. "W dzień zaduszny obowiązywał zakaz wylewania wody przed dom, by duszy nie oblać". Pani Góźdź wspominała iż Boże Ciało- było świętem procesyjnym, procesja zatrzymywała się przed 4 ołtarzami postawionymi pod gołym niebem. Gałęzie, którymi przyozdobione są ołtarze, miały charakter obronny (chroniły przed burzami, chorobą, nieszczęściem). "Ludzie na ramionach nosili też feretrony" a w procesjach obowiązkowo uczestniczyły całe rodziny. "Na Boże Narodzenie choinka musiała być prawdziwa" wspominała pani Kazimiera. Pani Władysława zaś dodała iż na podłodze ustawiano snopek słomy, a zaraz po Wigilii obwiązywano słomą drzewka owocowe, by nie zmarzły. "A co to na wesele się działo!"- wspomina pani Przybysz. "Cała wieś to wesele robiła: jeden przyniósł jajka, drugi co innego, a śpiewano i tańczono, dla każdego gościa musiała być przyśpiewka, ale prezenty na drugi dzień dla młodych dawano". Panie wspominały też o zjawisku związanym z walką z urokami . "Jeśli ktoś do obory wchodził, to gospodarz splunąć musiał, żeby gość niczego nie zauroczył". "W Wigilię jeśli kobieta pierwsza przyszła w odwiedziny to nieszczęście zwiastowała". Także złą wróżbą było przychodzenie po mleko po zachodzie słońca. Pani Władysława po przesiedleniu osiadła w Kamionkach. Tam przez kilka tygodni stacjonowali Włosi- jeńcy wojenni. "Pięknie śpiewali, przystojne chłopaki to byli. Kilka lat temu przyjechał tu do gminy jeden z nich ze słownikiem włosko-polskim, żeby odszukać swoją ukochaną Irkę z tamtych lat. Szukał szukał, nawet jakąś Irkę podobno znalazł, tylko już nie miała tych samych długich czarnych warkoczy co wtedy, no i ożenił się z inną...Irką, też Polką."

Obraz 031
Obraz 046
Obraz 047