baner12

     Pani Stefania Osiak urodziła się 8 grudnia 1915 roku w Górznie powiat Garwolin. Była jedną z siedmiorga rodzeństwa. Rodzice posiadali 3 hektarowe gospodarstwo. Było to niewiele na tak liczną rodzinę, było ciężko...Pracować trzeba było już w wieku 14 lat. Podczas okupacji Pani Stefania jako nastoletnie dziecko musiała na siebie zapracować. Wojna nie oszczędzała sił ani pracy-"Ja się pracy nie bałam, choć mrozy były silne i nogi strasznie marzły". Jak wyszłam za mąż to moim dobytkiem była 1 morga ziemi. Najwięcej do Warszawy trzeba było jeździć, za pracą. Podróż jednak kosztowała a my nie mieliśmy wiele. Na Pomorze przyszliśmy " za chlebem", jak większość naszych sąsiadów. Pola były porośnięte ostami, zaniedbane. Tutaj wzięliśmy 5 ha ziemi, którą spłacaliśmy w ratach, dorabialiśmy się ciężką pracą . Dochowaliśmy się 7 synów. Za służbę synów w wojsku otrzymałam medal, z czego jestem bardzo dumna. Mieszkaliśmy w pałacu w Grzywnie, jak chłopcy zaczęli dorastać to wzięliśmy sobie 12 ha. Kolejno kupowaliśmy inwentarz. Żyło się coraz lepiej. Święta wspominam jako czas radosny i wesoły. Boże Narodzenie było bogate, zabijało się świniaka, robiło się kiełbasę. Mieliśmy swoją mąkę , kury, kaczki, gęsi. Jako jedyna gospodyni w domu miałam nie mało pracy. Sama piekłam ciasta m.in. pyszne torty i chleb. Choinkę stroiliśmy w różne cacka ,ręcznie wykonane łańcuszki i aniołki. Na Wielkanoc przyrządzaliśmy szynkę, kiełbasę. Jajka farbowałam w wywarze cebulowym, robiło się również święconkę. Obowiązkowo przyrządzałam czerwony barszcz na zakwasie ,który kiedyś można było pić jak wino. wielkanoc poprzedzała Niedziela Palmowa. Poświęconą palmę wieszano na ścianie, która była piękną ozdobą domu. Palmę wykonywałam własnoręcznie z borówek, trzciny i kwiatów z bibuły. Święta były takie prawdziwe , takie katolickie. Śmierć i pogrzeb jest smutnym wydarzeniem. Pamiętam szczególnie pogrzeb mojego syna , który zmarł bardzo młodo. Żadna matka nie zapomni bólu i rozpaczy po stracie swojego dziecka. Zmarły leżał dwie noce w domu, na stole stały świece, po środku krzyż. Zegary zasłaniano prześcieradłem. Do ściany przybiłam pasiak przywieziony z moich rodzinnych stron. Kwiaty w wazonach były z mojego ogródka, (teraz nie mam sił i zdrowia , aby zadbać o ogródek, kwiaty "umierają" razem ze mną). Zmarłemu do trumny dawano różaniec, książeczkę. Jeśli zmarły był kawalerem do marynarki przypinano biało kokardkę z mertą, a starszym biało chusteczkę. Na koniec przychodził ksiądz, prowadził orszak żałobny do kościoła. Po pochówku był skromny poczęstunek. Narodziny były wielkim wydarzeniem w życiu każdej rodziny, nawet jeśli było to kolejne dziecko. Dzieci do chrztu zanoszone były w becikach. Imiona dla dzieci wybierano najczęściej katolickie. Czasami po chrzcie, wieczorem przychodził ksiądz na pogawędki. Wesela wyprawiano w domu. Tańcowano na podwórku, na tzw. wcześniej ustawionej scenie z desek. Scenę dekorowano pięknie zielonym gałązkami, maiło się również stoły i dom. Panna młoda miała na głowie wianek z mertą, suknię białą, długą. Młodzi goście zapraszali się do tańca. W kościele młodzi obchodzili trzy ołtarze dookoła, składali ofiarę do skarbony i całowali krzyż. Portret ślubny to moja jedyna cenna pamiątka , która ocalała do dzisiaj. Pomimo upływu czasu i sędziwego wieku, Pani Stefania z uśmiechem i radością wspomina dawne czasy. Doskonale pamięta miłe chwile swojego życia, ale nie zapomina o smutnych momentach. To wszystko jest dziś przeszłością, ale także kawałkiem naszej wspólnej historii.

Obraz 004