baner12

     Białebłoto k/ Ostrowa Mazowieckiego to wieś, w której 70 lat temu urodziła się pani Sabina Landoch. Była najstarsza z rodzeństwa (pani Sabina ma jeszcze 2 młodsze siostry - Alicję i Barbarę) i jako pierwsza opuściła rodzinny dom. Niewielka ilość ziemi, jaką posiadali rodzice zmusiła ją do szukania pracy u bogatych gospodarzy. Pracowała także w szkółce leśnej przy rozsiewaniu sosen. W 1958 roku wraz z koleżanką przyjechały w poszukiwaniu pracy do Zelgna. - Było to dokładnie 6 maja - wspomina pani Landoch. Przyjechałam do znajomych moich rodziców. Ojciec wyraził zgodę na mój wyjazd tylko, dlatego, że jechałam właśnie do osób, które znał i miał do nich zaufanie. Wszystko mi się tu podobało: krajobraz, ludzie, gospodarstwa - dodaje. - Ważny był dla nas fakt, że tu płacono więcej za pracę, nawet 2 - 3 razy tyle, co w moich stronach. Gospodarze, u których najmowałyśmy się do pracy dawali nam także lepsze jedzenie. Raz tylko dostałyśmy okropną czarną kawę z... utopionymi muchami w środku i chleb z niezbyt ciekawym smalcem i salcesonem - śmieje się pani Sabina. - Ale to przykre doświadczenie zrekompensowała nam wypłata za pracę. W niedługim czasie po przybyciu na Pomorze zakochała się z wzajemnością w młodym gospodarzu z Zelgna - panu Stanisławie. 25 października 1958 roku państwo Landoch zawarli związek małżeński. - W moich stronach obowiązywały inne zwyczaje związane z weselem. Uroczystości rozpoczynały się rano. Pan młody wraz ze swoimi 2 drużbami przyjeżdżał do domu młodej. Starszy drużba przywoził w kopercie wianek upleciony z paproci i białej wstążki. W kopercie były włożone też pieniądze. W zależności od tego ile ich było tyle starsza druhna stawiała wódki. Była to forma wykupu panny młodej. Śluby udzielane były w niedzielę o 1100 na sumie. Po przyjeździe z kościoła nikt nie siadał sam do stołu. Panna młoda i druhna zapraszały każdego na poczęstunek - relacjonuje pani Landoch. - Osobiście także panna młoda ze starszą druhną zapraszała gości na wesele. Przysłanie komuś zaproszenia pocztą można było uznać za zlekceważenie zapraszanej osoby - wyjaśnia. - Ja również byłam parę razy starszą druhną. Pamiętam, że kiedyś ktoś zapytał mnie, kiedy ja przyjdę prosić na swoje wesele. Nie wiem, dlaczego ale odpowiedziałam, że ja osobiście prosić nie będę. I rzeczywiście nie prosiłam, ponieważ ślub brałam tu w Zelgnie a nie w rodzinnej wsi. Pani Sabina często odwiedza rodzinną miejscowość, w której mieszkają jej siostry i mama. Z sentymentem wspomina jak wypiekała chleb, mędliła len, przędła na kołowrotku nici z pakuł. Niestety nie przywiozła ze sobą żadnych pamiątek, a kołowrotek i krosna spłonęły w pożarze domu. - Widziałam takie same w Muzeum Etnograficznym. Pokazałam je córce i objaśniłam, co, do czego służyło - dodaje. Dzieciństwo i dom rodziców kojarzy się jej ze smakiem i zapachem kiełbasy, jaką przyrządzała jej mama. - Była to zupełnie inna kiełbasa niż ta wyrabiana tutaj. Mięso kroiło się w kostkę, doprawiało solą i czosnkiem. Potem upychało się ręcznie te kawałki do flaka i suszyło przy piecu. Jedliśmy prawie to samo, co tu na Pomorzu, tylko podczas Postu jedzenie było kraszone olejem z lnu. - Święta Bożego Narodzenia, Wielkanoc, Boże Ciało obchodziło się tak samo jak tutaj. Tylko kolęda była troszkę inna - u nas gospodarz odprowadzał księdza do połowy drogi, jaka dzieliła go od sąsiada, a tam czekał już ów sąsiad, który prowadził duchownego do swego domu. Pani Sabina jest honorową członkinią Koła Gospodyń Wiejskich w Zelgnie. To ona właśnie wyplata przepiękne wieńce dożynkowe, które każdego roku reprezentują nasze sołectwo na dożynkach gminnych. Dzielnie wspiera ją w tym pani Aleksandra Ramowska. Państwo Landoch wychowali dwoje dzieci - córkę i syna.

mama kwiecien 158