baner12

     Listopad 1961 rok. -Podwórze było rozjeżdżone, lało, kiedy z sześciorgiem dzieci, a z siódmym w drodze znalazłam się w Kończewicach – wspomina pani Genowefa Bytniewska. -Dzieci miały popuchnięte nogi po długiej podróży w szoferce ciężarówki, płakały. Pewnie i dlatego, że pierwsze wrażenie nie było najlepsze. Poprzedni gospodarz buraki miał jeszcze w polu i dlatego do Bożego Narodzenia miał mieszkać razem z nami. Dom był stary i ciasny, bez chlebowego pieca. Bardzo było mi żal rodzinnych stron...

 Ojciec pana Lucjana Bytniewskiego zginął w czasie wojny. Dlatego jako kilkunastoletni chłopak musiał zająć się prowadzeniem gospodarstwa, które miał we wsi Zwola Duża, w gminie Miastków Kościelny, w województwie warszawskim. Ziemia była porozrzucana w promieniu 5 kilometrów. Trzeba było całego dnia żeby ją obejść –opowiada pan Bytniewski. -Pomimo tego, że mieliśmy postawiony nowy dom, zdecydowałem się na tak poważną zmianę. Teść mój powiedział; „ Budynki do pola przyjdą, a odwrotnie nigdy nie będzie”. Trudna to była decyzja, bo żona nie chciała opuszczać wszystkich bliskich.

Tu na Pomorze najpierw przyjechali nasi znajomi. Rozebrany dom i stodołę przywieźli ze sobą w wagonie, bo zaczynali od gołego pola. Jakiś czas później przyjechałem do nich na rozeznanie, czy nie będzie tu czegoś dla mnie.

Najpierw miało to być gospodarstwo w Bogusławkach, ale ziemia była za górzysta i w dwóch kawałkach. Żonie się nie podobało. Nie był to dobry dzień na decyzje, bo pochmurny i smutny. Postanowiliśmy wracać do Zwoli następnego dnia. Kolejny dzień był już zupełnie inny, bo pełen słońca. Gdy jechaliśmy na dworzec, w Kończewicach zobaczyliśmy piękny sad. Znajomy powiedział, że to gospodarstwo również jest na sprzedaż. Mieliśmy tylko 20 minut na podjęcie decyzji o kupnie. Za całość właściciel cenił 280 tysięcy złotych, ale kupiliśmy za 240. Dałem 5 tys. zł. zadatku i wróciliśmy do Zwoli. Żona płakała, bo nadal nie godziła się z moją decyzją. Przyjechałem w te strony jeszcze raz, ale niczego lepszego kupić nie mogłem.

 Późną jesienią, 13 listopada 1961 roku, przywiozłem rodzinę samochodem wynajętym z PKS-u. Po drodze samochód się zapalił, ale ugasiliśmy pożar. Gdy zajechaliśmy na miejsce kierowca wywołał mnie z domu i pukając się w czoło i powiedział: „Coś pan zrobił” ? Dom był pod strzechą, gliniany i zagrzybiony. Obórka z żużla i tak licha, że moje konie wypchnęły ścianę. Mimo tego mi się tu podobało, bo ziemia była w jednym kawałku. Ruszyliśmy do pracy. Wszystko tu pięknie rosło. Pierwsza wypłata za buraki, to były duże pieniądze. Za mleko można było dobrze żyć.

 To co przeżyliśmy można by długo opowiadać-mówi pani Bytniewska. W dniu urodzin mojego syna Stasia miałam do kopania kartofli osiemnastu ludzi. Dla wszystkich ugotowałam obiad, upiekłam chleb i dopiero potem mąż wiózł mnie po kamienistej drodze do Stoczka do porodu. Stasiu ważył prawie 4 kilogramy. Dziś jest to nie do pomyślenia.

Pani Genowefa urodziła 9 dzieci, a szczęśliwie wychowała ośmioro. Ma 21 wnucząt i 6 prawnuków. W czerwcu państwo Bytniewscy obchodzili 60-lecie swojego małżeństwa.

- Nikogo tu do pomocy nie miałam, jedynie dzieci. Nawet przed szkołą musiały iść do przerywki. Prawie wszystkie potrafiły doić krowy – wspomina pani Bytniewska.

- Ciągle budowaliśmy, chociaż bywało, że bardzo chorowałem – opowiada pan Lucjan.-W ciągu 30 lat wyposażyłem wszystkie dzieci, kupiłem dwa domy. Przez sześć lat byłem prezesem Kółka Rolniczego w Kończewicach. Wtedy było na wszystko: na nagrody dla traktorzystów, na sprzęt i paliwo, na wycieczki. Żona należała do Koła Gospodyń Wiejskich, w którym kobiety uczyły się szycia, gotowania nowych potraw, zakładania ogrodów kwiatowych.

Od samego początku czułem się tu bardzo dobrze. Pan Wiktor Zaton otoczył mnie prawdziwą opieką, był moim serdecznym przyjacielem. Nigdy nie żałowałem, że zamieszkałem tutaj, a w rodzinne strony jeżdżę bardzo chętnie. Kiedyś Pomorze było bogate i tu ludzie przyjeżdżali po lepszy byt. Dziś widzę, że mocno rozwinęły się tereny, z których pochodzę i nie ma już różnic jakie były wcześniej.

 Mieszkając w Zwoli pan Bytniewski przez 20 lat należał do chóru kościelnego, a pani Genowefa do czasu wyjścia za mąż. Do dziś obydwoje pamiętają wiele przyśpiewek, piosenek i pieśni z dawnych lat. W okolicach Zwoli wesela były bardzo wesołe, bo przepełnione muzyką, tańcami i przyśpiewkami, które przechodziły z pokolenia na pokolenie. Niektóre powstawały na okazję i nikt się nie obrażał.

Pani Bytniewska podała przepis na „Szary barszcz” z wieprzowiny.

Potrzebne są kawałki wątróbki, płucka, żeberka, nerki, podgardle. Gotuje się je na occie z kapusty kiszonej, dodając listek laurowy, sól i pieprz. Na koniec podaje z ugotowanymi i okraszonymi ziemniakami.

 Dawniej na śniadania ludzie jadali barszcz biały z ziemniakami, kaszę gryczaną uprażoną z przegotowanym mlekiem na popicie, kapustę kiszoną z grochem. Od święta, np. na Wielkanoc przygotowywano barszcz czerwony z kiszonych buraków. Podawano go z jajkiem, kiełbasą i chrzanem ze śmietaną. Na tydzień wcześniej zalewano surowe, pokrojone buraczki ciepłą, przegotowaną wodą, by się ukisiły.

12

„Przepraszam Was goście mili,

Proszę się nie gniewać,

bo jak to przy weselu-

wszystko można śpiewać.

13
PICT0191
PICT0198
PICT0192