baner12

Pan Jan Mrzygłód urodził się 31 lipca 1924 roku w miejscowości Niedźwiedza, powiat Brzesko, gmina Zakliczyn w województwie krakowskim. Jako młodzieniec został wywieziony na roboty do Niemiec, gdzie przez ponad dwa lata pracował w rolnictwie. Tam zetknął się z innym rolnictwem aniżeli to, które znał ze swej wsi. To za jego namową, gdy powrócił w rodzinne strony, rodzice przenieśli się z południa Polski na Pomorze.-"Dzielenie ziemi spowodowało jej "pokruszenie", a na dwóch hektarach nie było życia"- wspomina pan Jan. W 1946 roku rodzina Mrzygłódów przyjechała do Grzybna. Tu parcelacja objęła dwa majątki. Ojciec naszego rozmówcy otrzymał działkę "z reformy". Większość działek miała powierzchnię od 5-7 hektarów. Do czasu wybudowania własnego domu rodzice wraz z sześciorgiem dzieci zamieszkiwali w majątku w Grzybnie. 

Każda rodzina dostawała tylko jedno pomieszczenie. Rodzin żyjących w podobnych warunkach było około 20. Otrzymaną ziemię trzeba było spłacać. Na początku było bardzo ciężko, ale potem rodzicom już było łatwiej-wspomina pan Jan. Jak to w życiu bywa, nie ominęły ich nieszczęścia. W 1946 roku utonął 15-letni brat, a drugiego kilka lat później zabił koń. Gospodarstwo po rodzicach w Grzybnie odziedziczyła siostra. Tam też osiadł brat i druga siostra. Pan Jan Mrzygłód w 1955 roku ożenił się i zamieszkał w Kończewicach, skąd pochodziła jego żona Łucja. Na początku, krótko po przesiedleniu, były podtrzymywane tradycje ludowe przywiezione z krakowskiego. Ludzie tworzyli grupy kolędnicze, ale potem to upadło, bo nie dało się zaszczepić owych zwyczajów wśród tubylców.-"Kiedyś muzyka była bardzo miła dla ucha, a nogi same rwały się do tańca, a dziś jest to szarpanina" -wyznaje pan Jan i wcale nie żałuje, że nie bywa już na zabawach. Szkoda mu tylko czasów, gdy ludzie się odwiedzali, dużo czasu spędzali ze sobą i było weselej aniżeli obecnie.

Kiedy zaczynamy rozmowę o dawnych potrawach, pan Jan wspomina to, co gotowała jego mama i czego jeszcze dziś chętnie by skosztował. Buchta- to rodzaj zwyczajnego ciasta drożdżowego, które było bardzo syte. Niezbyt gruby placek przed upieczeniem smarowany był białym serem i rozmąconym jajkiem, a na koniec obsypywany kruszonką. Palce lizać! Mama sama piekła chleb, również w Grzybnie, bo w nowo postawionym domu był również piec chlebowy. Zawsze było to pięć bochenków. Do zaczynu dodawane były gniecione ziemniaki. Było to podyktowane oszczędnością, a poza tym tak przyrządzony chleb się nie zsychał. Bochenki wyrastały w słomiankowych koszyczkach. Latem chleb był pieczony na liściach kapusty. Bardzo dobry był barszcz kiszony z żytniej mąki, z glinianego garnuszka, okraszony słoniną i podawany z chlebem. Popularny był również barszcz gotowany na maślance i knedle gotowane na parze, polewane masłem. Lubiane były pierogi z białym serem i jagodami oraz zupa z leśnych grzybów podawana ze "szturanymi" ziemniakami. Dawniej ludzie jadali dużo fasoli i kaszę jaglaną (z prosa i bru) na mleku. Pan Jan Mrzygłód znany jest w okolicy z zamiłowania do pszczelarstwa. Początek swojej przyjaźni z pszczołami wspomina tak: "Kiedy miałem 8-9 lat ,w wakacje za pozwoleniem ojca, pojechałem do mojego chrzestnego, który był bezdzietny, by paść u niego krowy. Chrzestny miał w ogrodzie cztery roje. Od razu mnie to zainteresowało. Lubiłem się przyglądać pszczołom. Gdy za jakiś czas u mojego dziadka rozbierali stodołę, znalazłem rój trzmieli. Schowałem go pod garnek, a na drugi dzień okazało się ,że ktoś mi go ukradł. Zrobił to kolega, ale zwrócił mi moje trzmiele. Zbudowałem ul i je obserwowałem. Ich miód był biały i słodziutki. Mój dziadek miał kłopoty ze wzrokiem, lekarz zalecił mu okłady na oczy z ich miodu. I tak się zaczęło, ale... własną prawdziwą hodowlę założyłem dopiero w 1950 roku w Grzybnie. Wcześniej, bo w czasie wojny, uodporniłem się na pszczeli jad. A było to tak. Kiedy pracowałem w Niemczech, pszczoły się wyroiły i uciekły na gruszę do sąsiada. Wzięliśmy maski, ale moja była dziurawa. Pod koniec zbierania roju użądliła mnie pszczoła. Po kilku godzinach poczułem swędzenie w różnych miejscach na ciele, a potem duszność. Czułem, że jest mi coraz gorzej. Wskoczyłem do beczki z deszczową wodą i to mi ulżyło Od tego czasu pszczeli jad nic mi nie robi". Najlepsze dla pszczelarstwa były lata pięćdziesiąte. Wtedy trzy razy w roku zbierało się duże ilości miodu. Teraz jest inaczej. Jest chłodniej, mniej polnych kwiatów, częściej są stosowane opryski. Pszczołom trudniej się wyżywić. Takich przydomowych pasiek już niedługo nie będzie. Warto zachować je od zapomnienia, skoro wśród młodzieży brakuje pasjonatów pszczelarstwa. Gdybym miał dostosowywać się do unijnych wymogów, to wszędzie tu by musiały być kafelki-wyznaje pan Jan Mrzygłód. Ciekawe, czy pszczoły by były z tego zadowolone?

 

jm1
mama kwiecien 010
PICT0165