|
Pan Franciszek Olech urodził się 3 września 1928 roku w miejscowości Gorajec Zagroble gmina Radecznica powiat Zamość w województwie lubelskim. Razem z rodzicami pracował w pięciohektarowym gospodarstwie na które składały się 33 działki rolne (działki te były wąskie i długie). Bezpośrednią przyczyną zmiany miejsca zamieszkania była chęć polepszenia warunków bytowych rodziny. Będąc w odwiedzinach u siostry mieszkającej na Pomorzu i za jej namową, postanowił osiedlić się na tych ziemiach. W okolicach Chełmży mieszkało już wiele rodzin z Gorajca i okolic. Zakupił więc gospodarstwo rolne w miejscowości Skąpe i przeprowadził się do niego w 1975 roku wraz z rodziną. Po osiągnięciu wieku emerytalnego przekazał gospodarstwo synowi Krzysztofowi i jego żonie. Mimo tak sędziwego wieku dobrze pamięta lata swojego dzieciństwa i młodości, które spędził na południowym wschodzie. Będąc u pana Franciszka wysłuchaliśmy jego wspomnień o zesłaniu na Syberię przez sowietów. W 1944 roku po wejściu wojsk sowieckich do Zamościa rozpoczęły się aresztowania i prześladowania ludności polskiej. Jako jeden z pierwszych został aresztowany dowódca Batalionów Chłopskich - Koproński pseudonim Gilas. Podczas przesłuchania dowódca wskazał osoby należące do BCH (między innymi pana Franciszka jako jednego z żołnierzy). Gdy rodzice dowiedzieli się o przybyciu sowietów, kazali panu Franciszkowi uciekać. Nikt jednak nie przypuszczał, że mogą aresztować osobę niepełnoletnią (mój rozmówca nie miał bowiem wówczas 18 lat). Kiedy sowieci schwytali pana Olecha, zapytali: - Czy należy pan do Armii Krajowej? - Nie. Do Batalionów Chłopskich. - Dla nas to wszystko jedno. Pójdziecie z nami. Ostatecznie aresztowano z jednej wioski 6 osób. Po przewiezieniu ich do Zamościa zamknięto wszystkich w piwnicy. Przesłuchiwano każdego po kolei. Nie bito. Następnego dnia samochodem ciężarowym zaczęto wywozić aresztowanych. Więźniowie domyślali się, że jadą w kierunku Janowa. W nocy po długiej podróży dotarli do Tarnobrzegu, gdzie mieścił się sztab NKWD. Tam zostali osadzeni ponownie w "piwnicach". Po trzech dniach zostali przewiezieni do Przemyśla. Zamknięto ich w stajni, w której przebywali kilka dni. Podczas pobytu w Przemyślu wszyscy aresztowani zostali ogoleni, ścięto im włosy, kazano im się umyć i zaprowadzono do baraków, w których mieściło się już 100 osób. W nocy podjechały samochody ciężarowe, zawieziono aresztowanych na dworzec towarowy i wpędzono do wagonów, w których przewoziło się bydło. W jednym wagonie znajdowało się 95 osób. Cała podróż odbywała się na stojąco i trwała trzynaście dni. Więźniowie jechali przez Lwów, Kijów i Moskwę. Podczas tego "transportu" zmarły dwie osoby. W wagonie, w którym jechał pan Franek, dopatrzono się próby ucieczki. W związku z tym, że nikt nie przyznał się, sowieci zbili więźniów pałkami. Gdy pociąg dojechał na miejsce, aresztowanych ustawiono piątkami, aby ich policzyć. Dalsza - dziesięciokilometrowa droga odbywała się na piechotę. W czasie marszu nie można było się zatrzymać. Gdy ktoś chciał załatwić swoją potrzebę fizjologiczną, musiał robić to podczas marszu. Po dotarciu na miejsce, więźniowie zostali zamknięci w barakach, w których mieściło się już około 500 osób. Barak był ziemianką z drewnianym zadaszeniem. Prycze mieściły się przy lewej i prawej ścianie oraz po środku. Wszyscy spali na deskach a buty kładli pod głowę. Na pierwszy posiłek podczas dnia roboczego dawano około 60 dekagramów chleba. Była to porcja przeznaczona na trzy osoby. Na kolację więźniowie otrzymywali talerz zupy. Pan Franciszek najpierw pracował przy wyrębie lasu. Jego zadaniem było wywożenie drewna na wydzielony plac. Po pewnym czasie został przeniesiony do pracy w kamieniołomach a następnie do kopalni. Morderczy wysiłek trwał 8 godzin. Więźniowie tylko raz w miesiącu mogli się umyć. Prowadzono ich wówczas do tzw. bani (tak mówiono na łaźnię). Po sufitem były zawieszone rury z których leciała zimna woda czerpana ze studni. Po takim "prysznicu" dawano czyste ubranie ponieważ stare było zainsektowane przez pchły, wszy i pluskwy. Codziennie rano robiono apel. Tak płynął dzień za dniem. Gdy nadeszło Boże Narodzenie, więźniowie nie pożywali rano chleba, który otrzymali, po to by wieczorem móc podzielić się z innymi - tak jak opłatkiem. Tego wieczora cicho śpiewano kolędy. Z czasem skazańcy tracili rachubę czasu i dlatego nie obchodzili kolejnych świąt. Pan Franciszek powrócił do Polski do mocy amnestii z 1946 roku. Na Syberii przebywał więc od listopada 1944 roku do 25 marca 1946 roku. Wracając dojechał do miejscowości Biała Podlaska, gdzie został zakwaterowany w pobliskiej szkole. Przez kolejne trzy dni musiał czekać na otrzymanie zaświadczenia, upoważniającego do odbywania darmowych podróży po kraju w celu szukania rodziny. Po powrocie do domu pan Franciszek ważył 36 kilogramów. Tak kończy się syberyjska historia przymusowej tułaczki pana Olecha opowiedziana z nieukrywanym wzruszeniem.
|